wielkopolski oddział

stowarzyszenia dziennikarzy
polskich

Jeżyckie opowieści - Barbara Kęcińska-Lempka

Jaka z ciebie poznanianka? Przecież urodziłaś się w Zielonej Górze – mawiały moje ciotki, gdy chciały mi trochę podokuczać. Nie mogłam zaprzeczyć - w Zielonej Górze urodziłam się i spędziłam pierwsze dwa lata życia, ale moja rodzina od pokoleń była związana z Poznaniem i Jeżycami. Jedynie Konrad Kęciński i jego młoda żona Cecylia, w 1947 roku w poszukiwaniu mieszkania i pracy (o co w zniszczonym Poznaniu było trudno) wyjechali na Ziemie Zachodnie do Zielonej Góry. Tam właśnie, w 1949 roku, przyszłam na świat, i choć warunki życia w Zielonej Górze były komfortowe ojciec tęsknił za Poznaniem. Brakowało mu rodzinnego miasta tak bardzo, że kiedy tylko zwolnił się jeden pokój w jego rodzinnym domu, wróciliśmy. Zostawiliśmy duże, samodzielne lokum, by przenieść się do jednego pokoju w mieszkaniu przy ulicy Kraszewskiego 12. Obok nas (od frontu) mieszkała siostra Konrada, Zofia Nowak z rodziną, od podwórza sublokator pan Wendel, oraz Helena i Franciszek Olszewscy (siostra mojej babci z mężem). Kuchnia i łazienka były wspólne. Żyło się mniej wygodnie, lecz ojciec był szczęśliwy, mogąc znów przemierzać jeżyckie ulice. Z Jeżycami i Poznaniem byliśmy związani od pokoleń.

Mój pradziadek Jan Richter (ojciec Gertrudy Kęcińskiej, mamy Konrada) przed pierwszą wojną mieszkał z rodziną w małym domu przy ulicy Polnej. Był cieślą i stolarzem, wykonującym ozdobne detale w budowanych wtedy kamienicach na ulicy Słowackiego i Mickiewicza. Prababcia Stanisława zajmowała się domem i dziećmi. Rodziły im się same córki, a jedyny syn zginął na pierwszej światowej wojnie, pozostawiając żonę i małą córeczkę Felicję. Urodziwe panny Richterówny szybko znajdowały mężów, rodziły dzieci i zamieszkiwały na Jeżycach. Wyjątkiem była Helena tkwiąca, jak mawiano w rodzinie, w „wieczystym narzeczeństwie”. Pradziadkowie z Heleną przeprowadzili się nawet na ulicę Kościelną 28, bliżej narzeczonego Heleny. Tam zniecierpliwiona panna, nie doczekawszy obiecanego ślubu, wyszła za mąż za Franciszka Olszewskiego. Zachowało się zdjęcie wykonane na podwórzu ulicy Kościelnej. Para młoda i goście weselni ustawili się do fotografii pod oknami niedoszłego pana młodego. To była zemsta ciotki - zemsta, która w porównaniu do innych jeżyckich opowieści, przybrała formę łagodną. Ze zgrozą opowiadano na Jeżycach o pewnym kawalerze. Długo zwodził narzeczoną i ciągle odkładał ślub. W końcu doszło do małżeństwa i panna młoda cała w bieli, krocząc główną nawą jeżyckiego kościoła, znad welonu powiedziała głośno do „świeżo poślubionego” małżonka: „Mom cie ty stary hoku!” i, jak gminna wieść niesie, gnębiła go całe życie, mszcząc się za niezdecydowanie.

Franciszek Olszewski był moim ojcem chrzestnym i ukochanym wujem. Rowerkiem z motorkiem jeździł na ryby, hodował kanarki (wszystkie zdechły po jego śmierci, mimo troskliwej opieki). Pracował w warsztatach tramwajowych przy ulicy Gajowej. Poturbowany przez tramwaj zaczął chorować i w 1961 roku zmarł. Został pochowany na Cmentarzu Jeżyckim, tuż przed jego zamknięciem.

Dom przy ulicy Kościelnej wspominał nieraz mój ojciec Konrad (urodzony w 1924 roku). Często odwiedzał babcię (mieszkał z rodzicami i siostrami na ulicy Zacisze). Utkwiły mu w pamięci odpusty na Jeżycach, na których, jako mały chłopiec, przyduszony „spódnikami” starych kobiet, słuchał głośnego zawodzenia: „O chwalebny Wawrzyńcze święty, umęczony, udręczony na żelaznej kracie, módl się za nami”. Konrad opowiadał o Łucy Gazeckiej, młodej sąsiadce babci. Cierpiała bo porzucił ją narzeczony i zwierzając się babci mówiła, kładąc ręce poniżej serca, że czuje się tak „jakby jej tu, o tu, schodziły knypy” (noże). Jako nastolatka, przeżywając miłosne rozczarowania, powtarzałam za Łucą Gazecką, że „schodzą mi knypy”. Gwara na Jeżycach była wszechobecna, a do małżeństwa dążyła każda panna. Los starych panien był niewesoły.

Tuż przed II wojną, do Stanisławy Richter na ulicę Kościelną wprowadziła się jej córka, a moja babcia, Gertruda Kęcińska z trojgiem dzieci Konradem, Urszulą i Zofią. Mieszkanie zrobiło się za ciasne. Wynajęto więc duże, pięciopokojowe lokum przy ulicy Kraszewskiego 12 (na ostatnim piętrze nad apteką). To był dom mojego dzieciństwa – mieszkałam tu do 1958 roku. Miałam 9 lat, kiedy przeprowadziliśmy się na Jackowskiego 57 – niedaleko, ale po gwarnej ulicy Kraszewskiego ulice za Polną wydawały się peryferiami. Do Jackowskiego dojeżdżała „siódemka” – tramwaj po jednym torze przyjeżdżał ulicą Polną i zatrzymywał się na wysokości ulicy Jackowskiego. Był to ostatni tramwajowy przystanek na Jeżycach. Na Ogrodach, w miejscu obecnej pętli, rosło zboże. Odwiedzając grób babci Gertrudy na Jeżyckim Cmentarzu na Ogrodach zrywałam maki i modraki.

Na Kraszewskiego nasza rodzina (w międzyczasie urodził się mój brat Piotr) zajmowała jeden pokój. W dużej, wspólnej kuchni stał fortepian („skrzydło” – mawiały ciotki), na którym pięknie grywała siostra ojca Zofia Nowak, nauczycielka w szkole przy ulicy Słowackiego. Babci Gertrudy nie znałam - zmarła rok przed moim urodzeniem. Odwiedzały nas jej siostry z rodzinami, przychodziła siostra ojca Urszula Grajek z dziećmi Stefanem i Ewą. Dom był gwarny, pełen życia.

Magicznym miejscem w kamienicy była apteka z drewnianą galeryjką i starymi dębowymi meblami. Lubiłam wchodzić do apteki - zastanawiałam się nad zawartością brązowych, szklanych słojów z dziwnymi napisami, podziwiałam ogromne porcelanowe moździerze. Aptekę przejął „Cefarm” i piękne wyposażenie musiało ustąpić miejsca aptecznym, gomułkowskim standardom. Często z bratem, z okna naszego pokoju obserwowaliśmy mężczyzn w białych kitlach, wnoszących blachy ciastek do kawiarni Rączyńskiego. Obok kawiarni, naprzeciw apteki, mieściła się znana na Jeżycach, restauracja „Piastun”. Poznański poeta Bogusław Kogut napisał i umieścił w tomie swoich wierszy poemat poświęcony „Piastunowi”. Poemat pisany jest białym wierszem i wątpię, czy jakikolwiek bywalec „Piastuna”, po przeczytaniu, potrafiłby powiedzieć „co poeta miał na myśli”. Trudno też dociec o co chodziło autorom nazwy „Piastun”, chyba nie o zaznaczenie opiekuńczych uczuć personelu wobec bywalców. Goście „Piastuna” przechrzcili restaurację i nadali jej nazwę „Zielona Małpa”, nawiązując do zielonych ceramicznych płytek przy wejściu.

Najstarsi mieszkańcy Jeżyc z wielkim sentymentem wspominają „Byka” – piwiarnię na rogu ulic Szamarzewskiego i Polnej (długie lata był tam pusty plac – teraz budowana jest kamienica). Za kontuarem piwo nalewał tęgi mężczyzna w skórzanym fartuchu i zręcznie przesuwał kufle po ladzie, obitej miedzianą blachą. Wszyscy mówili na niego Byk i dziś już nie wiadomo czy było to jego nazwisko czy pseudonim. Byk lubił poezję i nad ladą powiesił napis „Każdy wychowany pan odnosi naczynia sam”. Na pogrzeb Byka poszli prawie wszyscy mężczyźni z Jeżyc. Fryzjer z ulicy Szamarzewskiego, który przed laty strzygł mego brata (na fotel kładło się deskę, żeby dzieciak wyżej siedział) przerwał w połowie, odłożył maszynkę, zdjął fartuch i rzucił krótko: „Uczeń dokończy. Ja idę na pogrzeb Byka.”.

W roku 1994 dla „Dziennika Poznańskiego” pisałam reportaż o Jeżycach. Po ulicach oprowadzał mnie między innymi pan Zenek, stały bywalec jeżyckich knajp i z łezką w oku wspominał dawne lokale: - „Byk”, „Mazowiecka”, „Piastun”, Bar „Stop”, „Zakątek”, „Jeżycka”, „Zrazik”. Już ich nie ma, zniknęły. Najokrutniej los obszedł się z „Mazowiecką” z ulicy Szamarzewskiego, w której, po zamknięciu, zorganizowano Klub Anonimowych Alkoholików, a potem pizzerię „Donatello” – jedną z pierwszych na Jeżycach. „U Byka” pan Zenek przeżył zagadkową przygodę. Nawet po latach nie potrafił opowiadać o niej bez emocji:

„Pani sobie wyobrazi. Lato. Upał jak diabli. Oddychać nie ma czym. Siedzimy u Byka. Piwko i jedna setuchna. Jak Boga kocham, więcej nie brałem! Nagle otwierają się drzwi i stają w nich kolędnicy ze żłóbkiem, wszyscy w kożuchach. Baba przebrana za anioła śpiewa kolędy. Ja cały wystraszony. Delirka, czy co? Jak wychodziłem z chaty było lato. Wszyscy zgłupieli, a mężczyzna powiada: < Paskudne pijaki! Pijecie tak i nie wiecie, że już zima i Gwiazdka. Idźcie do domu!> Gdy wyszli, wszyscy rzucili się do okien sprawdzać czy czasem nie pada śnieg, ale na dworze gorąco. Baby w letnich sukniach chodzą, drzewa zielone. Do tej pory nie wiem co to było. Przewidzeń nie miałem. Zresztą niedawno spotkałem kumpla i rozmawialiśmy. Też to pamiętał. Może walczący z alkoholikami tak zadziałali, a może kawał zrobił nam Byk, który lubił niespodzianki? Nie wiem i już chyba się nie dowiem”.

Pan Zenek się dowiedział bo przyznałam, że to mój ojciec z siostrą Zosią, pewnego letniego dnia wpadli na pomysł, by chodzić z szopką po Jeżycach. Zofia i Konrad niemal do końca życia bardzo lubili żartować i wymyślać różne kawały.

Nie dorównam panu Zenkowi w knajpianej wyliczance, ale pamiętam bar „Stop” na rogu ulic Wawrzyniaka i Dąbrowskiego. Można było tam dobrze zjeść, nie będąc zaczepianym przez upijających się mężczyzn. Mieli inne rozrywki. Kiedyś założyli się kto zębami podniesie stół i utrzyma go najdłużej w powietrzu. Przed laty, jedząc mielonego kotleta, byłam świadkiem tych iście olimpijskich zmagań. Najdłużej przed likwidacją bronił się bar na rogu Kościelnej i Wąskiej „U Szwejka”. Mimo ustępstw dla nowoczesności (stół bilardowy na środku, migający telewizor nad ladą) knajpa nie przetrwała, choć jeszcze w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku kwitło tu towarzyskie życie, a gwar niósł się ulicą Kościelną i Poznańską.

Ulica Kościelna przez długie lata przypominała o swoim wiejskim rodowodzie. Chodziłam nią na Aleję Wielkopolską do babci ze strony mamy (Rozalia Bogdanowska) i podziwiałam małe domki w ogrodach. Przypominam sobie gładko uczesane starsze kobiety w długich spódnicach i fartuchach, siedzące na ławkach pod ogromną topolą (tam gdzie obecnie jest stacja benzynowa). One jeszcze chyba pamiętały stawy i „chodzenie na poduchy” – zabawy, którym oddawały się dawne jeżyckie dzieci. Wiosną, gdy pękał lód na stawach na ulicy Kościelnej, skakano po przybrzeżnych krach, wzbijając fontanny wody, mocząc ubrania i...narażając się na gniew matek i babć. Na dole ulicy Kościelnej, tuż przed wiaduktem było gospodarstwo. Co dzień rano pędzono stąd krowy na łąkę nad Bogdanką, tam gdzie jest obecnie Park Wodziczki. Pasterz troskliwie obchodził się ze zwierzętami, łagodnie przywołując krowę, często zostającą w tyle: „Jadźka, chodź do gromady!”. Po jednym z ostatnich bamberskich domów przy Kościelnej 32 został płot i trawa porastająca dawne gospodarstwo, do czasu gdy developer nie postawi tu kolejnej kamienicy. Dom, z którego pędzono krowy ma już zamurowane okna i przeznaczony jest do likwidacji. Ocalała bamberska zagroda na rogu ulic Kościelnej i Wawrzyńca, urządzono tu restaurację i hotel. Ulica Kościelna zmieniła się nie do poznania.

Do babci, już jako pięciolatka, chodziłam sama, upajając się „dorosłością” i zapachem czekolady z niedalekiej „Goplany”. Dzieci były bardziej samodzielne, a świat wydawał się bezpieczniejszy, no i łatwiej było przejść przez ulicę. Nie było samochodów, towar do sklepów dowoziły konie. Pamiętam białą drewnianą budę, ciągnioną przez dwa kasztanki, stojącą przed mleczarnią na Dąbrowskiego 51. Konie stały spokojnie, a mężczyźni wytaczali ogromne koła serów i wnosili do sklepu. Na plac na rogu Kościelnej i Poznańskiej przyjeżdżały ze wsi konne wozy wypełnione jarzynami, owocami i ziemniakami. Konie ciągnęły też wozy z węglem, dowoziły towar do sklepu, zimą wywoziły śnieg za miasto. Kiedy zniknęły z poznańskich ulic nie pamiętam. Jeszcze gdy mieszkaliśmy na ulicy Jackowskiego, co kilka tygodni, pojawiał się zaprzężony w konie wóz i handlarz skupujący szmaty i starą odzież. „Za szmaty, za płaty wanienka, panienka!” – krzyczał głośno i dzwonił dużym ręcznym dzwonkiem. Zastanawiałam się jak wygląda owa panienka bo najczęściej za stare szmaty dzieci dostawały celofanowe piłeczki, wypełnione trocinami i obwiązane gumkami. Można było piłeczkę odbijać o podłogę, dopóki nie zerwała się gumka. Prawdziwa piłka była wtedy marzeniem, podobnie jak lalka z włosami zamykająca oczy – w sklepach były tandetne lalki murzynki, brzydkie, a do tego łyse. Namiastkę piłki stanowiła „zośka” – duży pompon z wełny obciążony ołowiem. Doskonale pamiętam bo kiedyś w szkole chłopaczyska ze starszej klasy odcięły mi od czerwonej, wełnianej czapeczki pompon na „zośkę”.

Rano i wieczorem ulicą Jackowskiego przechodziło stado owiec. Gruby mężczyzna, na którego wołano Ciambo wypasał zwierzęta na łąkach w okolicy Alei Polskiej, wieczorem pędził je do drewnianej owczarni na Jackowskiego na wprost ulicy Gorczyczewskiego. Zwierzęta były wszechobecne i nikomu nie przeszkadzały. Na Kraszewskiego, w letnie wieczory, przez otwarte okna dobiegał niekiedy ryk lwa z pobliskiego zoologu, wywołując u dzieci dreszcze strachu. Cierpiącego na bezsenność ojca bardziej martwiły hałasujące tramwaje, zjeżdżające wieczorem do zajezdni przy ulicy Gajowej. Ojciec wielokrotnie pisał do MPK pisma z prośbą do motorniczych o zwalnianie przed zakrętem w ulicę Zwierzyniecką.

Sercem Jeżyc był rynek- właściwie od tego punktu należało rozpocząć wędrówkę po dzielnicy. Tutaj codziennie przychodziły jeżyckie gospodynie, a zawartość straganów lepiej informowała o stanie gospodarki niż oficjalne komunikaty i statystyki Głównego Urzędu Statystycznego. Na rynek i zakupy chodziliśmy z mamą i bratem każdego dnia wcześnie rano – w domach nie było lodówek, trudno było „kupować na zapas”. Nudziłam się jako dziecko, kiedy mama obchodziła cały rynek, przeglądając stragany. Rozrywką w zakupowej monotonni byli handlarze, zachwalający głośno swoje towary. „Bo każda kucharka jest z domu blacharka. Bez kolby, bez kwasu bez żadnego ambarasu...” – wykrzykiwał mężczyzna reklamujący pastę do lutowania garnków. „Bo nasza pasta Promień usuwa wszelkie plamy” – zagłuszał go pan, demonstrujący na brudnych tkaninach wywabianie plam. Fascynował mnie sztuczny nurek, który przepowiadał pogodę. „Każden sam może sobie zrobić takiego śtućnego nurka. Nurek w nocy świeci jak lampka elekstryczna, można przy nim nawet odrabiać lekcje” – pokazywał mężczyzna, który do butelki wsuwał spłaszczoną figurkę nurka. Po wlaniu wody i wsypaniu proszku z dołączonej torebki nurek pęczniał. O ile dobrze pamiętam powinien wypływać na górę butelki, zapowiadając pogodę, opadał na dno gdy miało padać. Sąsiadka takiego sztucznego nurka kupiła. Niestety nurek tkwił nieruchomo w butelce, a woda po pewnym czasie zaczęła śmierdzieć. Sprzedawca okazał się oszustem i już więcej na rynku się nie pokazał ku rozczarowaniu kupującej („Jak mu te kutuny z tego łba powyrywam to go rodzona matka nie pozna!”).

Każdego dnia, po południu, sprzedawcy zabierali towar, stragany rozbierano i wywożono na noc do pasażu, łączącego ulicę Dąbrowskiego z Poznańską. Płytę rynku zamiatano, zmywano wodą i wcześnie rano znów ustawiano stragany. Nieraz w sobotę na płycie montowano scenę, na której występowali artyści, 1 Maja muzyczny zespół na samochodowej platformie przygrywał do tańca, przed Świętami Bożego Narodzenia na rynku pojawiała się choinka. Na rogu rynku, od strony ulicy Kraszewskiego stała budka, przypominająca nieco telefoniczną kabinę. Niebieski neonowy napis MO informował o jej przeznaczeniu. Była to „milicyjna budka”, w której dyżurujący milicjant mógł się schronić przed deszczem i zadzwonić na komendę po informację lub po wsparcie. Takie budki stały w różnych częściach miasta. Zostały zapomniane, utrwalono je tylko na nielicznych fotografiach.

Na rynku sprzedawano śledzie, kapustę i ogórki z beczek, na straganach piętrzyły się warzywa i owoce, leżał drób. Handlarki głośno zachęcały do kupowania. Najlepsze pomidory i paprykę oferowali „Bułgarzy” (sprzedawca nazywał się Iwan Kocew). Zniknęli z rynku bo budowa osiedla na Ratajch zmusiła ich do zlikwidowania gospodarstwa. W roku 1984, gdy pisałam reportaż o Jeżycach, najstarszą sprzedawczynią na rynku była pani Władysława Walkowiak, która handlowała tutaj 60 lat i pamiętała jeszcze przedwojenne czasy. Spisałam jej opowiadanie:

„Już od dzieciaka pomagałam matce ciągnąc wózki z towarem, ale codziennie zaczęłam pracować, kiedy skończyłam 16 lat. Trzy dni stało się wtedy na Jeżycach, a 3 dni jeździliśmy na Plac Sapieżyński. Pamiętam dawny Rynek Jeżycki. Było wszystko, czego dusza zapragnie, tak jak teraz. Dookoła, w dwóch rzędach stali rzeźnicy, potem piekarze. Po rynku chodziły i kupowały służące, ordynansi, panie pułkownikowe. Niektóre paniusie to nawet z nożykami chodziły i kosztowały masło z beczek. Rynek był wybrukowany kocimi łbami, stragany woziliśmy sami – koziołki, dwie dechy i stragan był gotowy. Część towaru się z ziemi sprzedawało albo z wózka. Po wojnie trochę handlowanie ograniczyli. Milicja nas goniła. Gdy ktoś do trzeciej nie zdążył zwinąć straganu i posprzątać – zaraz płacił mandat. Teraz jest bez ograniczeń. Każdy stoi jak długo chce, nawet w nocy można handlować. Sprzed wojny nikt już nie został na rynku, tylko ja jak taki koń ciągnę dalej, choć już 12 wnuków i 13 prawnuków mam.”

Dawne dzieci z Jeżyc (dziś już emeryci) pamiętają na pewno smak mlecznych bułek od Rymorza. Właściciel piekarni pan Rymorz (piekarnia była przy rynku) walczył w Legionach i przed wojną był dostawcą pieczywa dla armii, o czym informowały zawieszone w sklepie świadectwa i dyplomy. Wypiekane tutaj bułki miały kształt łabędzi, kaczek, były też paluszki, plecionki i wspaniałe „szneki”: z makiem, marmoladą lub kruszonką. Rymorza dawno już nie ma, parę lat po wojnie zamknęła swoją „kolonialkę” na rogu Rynku i Prusa pani Pemperowa. Do końca udzielała kredytu swoim dawnym, przedwojennym klientom, którzy przyjeżdżali do jej sklepu z całego Poznania.

Od 1946 roku do 1990 na parterze domu przy ulicy Słowackiego 41 prowadził swój sklep pan Alojzy Dudzik, legendarna postać jeżyckiego handlu. Murzynki (masa z ubitego białka oblana czekoladą), ciepłe lody, rybki z cukru, wspaniałe szneki i oranżada w szklanych butelkach z porcelanowym kapslem, budziły pożądanie w dzieciach z pobliskiej szkoły. Te, które od rodziców otrzymywały kieszonkowe biegły do Dudzika na dużej przerwie. Wielką nowością były szklane syfony z plastikowym kranikem. Za opłatą pan Dudzik wymieniał pusty syfon na syfon wypełniony sodową wodą. Później pojawiły się syfony na naboje, które też można było kupić u Dudzika. Dla jeżyckich gospodyń, w kącie sklepu leżało drewno w pęczkach na podpałkę. U Dudzika kupiła mi babcia miniaturową święconkę z marcepanu – różowa świnka, malutki marcepanowy chlebek, mazurek, a nawet szynka z kością - tak starannie i realistycznie wykonane, że żal było zjadać te piękne dzieła sztuki. W sklepie Dudzika jest teraz sklep z bielizną, a obok, w dawnej Miejskiej Łaźni mieszczą się „Usługi Komunalne”, załatwiające „sprawy związane z rejestracją psów”.

Jednym z nielicznych jeżyckich sklepów, które przetrwały do dziś jest cukiernia „Hanusia” na ulicy Żurawia. Była tu jeszcze przed wojną, słynąc z najlepszych pączków na Jeżycach. Pączki wypiekane są nadal według tej samej receptury ale ponieważ (jak twierdzi właściciel) inna jest teraz mąka, inny tłuszcz i marmolada pączki też mają inny smak, choć są równie smaczne jak kiedyś. Do „Hanusi” nosiliśmy po świętach pomarańczowe skórki – o ile rodzicom udało się zdobyć pomarańcze. Był to towar trudny do kupienia i godny takiego pożądania, że nawet w Palmiarni owocujące drzewka pomarańczowe w obawie przed złodziejami opasywano siatką, a małpy w poznańskim zoologu karmiono po zamknięciu ogrodu, by nie narażać dzieci na stres. Nic dziwnego, że cenne były nawet pomarańczowe skórki. Sprzedawczyni u „Hanusi” odważała skórki i wypłacała należność w złotówkach albo pączkach. „wedle życzenia”. Skórki skupowano jeszcze w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, dopóki Sanepid nie zabronił.

Nie ma już znanego warsztatu Zygmunta Hamelki. Warsztat samochodowy rodziny Hamelków od 1925 roku mieścił się w głębi ulicy Dąbrowskiego „przy krzyżu” (jak mówiono dawniej, dopóki krzyża nie przeniesiono na kościelny teren po drugiej strony ulicy). Bracia Zygmunt, Stefan i Bernard byli znanymi żużlowcami, a Zygmunt pomagał profesorowi Molowi przy konstrukcji pierwszego w Polsce sztucznego serca. Z ulicy Kościelnej zniknął (istniejący ponad 30 lat) zakład malujący szarfy do wieńców. Zakład przez całe lata prowadził pan Kucharski, a po jego przejściu na emeryturę, panie Ludomira i Dorota Łuczyk. Warsztat mieścił się na parterze, przed ulicą Wąską, a tuż za nim swój sklep miała modystka. W drodze do babci, podziwiałam na wystawie kapelusze, pięknie przyozdobione filcowymi kwiatami i woalkami.

Magiczną ulicą mojego dzieciństwa była ulica Szamarzewskiego z kościołem, który w świetle gazowych latarń wyglądał jak na starej pocztówce. Pamiętam gazowe latarnie, zapalane o zmroku i zapach kwitnących akacjowych drzew. Często chodziłam ulicą Szamarzewskiego na spacery z ojcem i bratem. Zaglądaliśmy do bram, zwiedzając podwórka. Podwórza zachowały jeszcze wtedy resztki przedwojennej świetności i elegancji, były pełne zieleni, z donicami na kwiaty, resztkami fontann. W upalne wieczory dozorcy polewali zamiecione chodniki wodą z gumowych węży, dbali o rośliny i drzewa. To były czarodziejskie spacery – wchodziliśmy do bramy na ulicy Szamarzewskiego i mijając dwa, trzy podwórka, przez kolejną bramę, docieraliśmy na ulicę Jackowskiego lub Staszica. W okresie Gwiazdkowym, w czasie spacerów, zaglądaliśmy w odsłonięte okna i kto pierwszy wypatrzył oświetloną choinkę zdobywał punkt. Nieraz, z głową do góry lądowałam w pryzmie śniegu lub, co gorsza, zdzierałam kolana na chodniku, lecz chęć wygranej była silniejsza od ostrożności. Rodzice poświęcali nam dużo czasu. Mama nie pracowała, zajmując się domem. Ojciec, po pracy zabierał nas na spacery, latem nad Rusałkę i do Botaniku, zimą zwiedzaliśmy muzea, a 27 grudnia rano całą rodziną szliśmy do Fary na mszę w rocznicę Powstania Wielkopolskiego. Pamiętam powstańców wielkopolskich w mundurach. Każdego roku było ich coraz mniej. W niedzielę, po kościele, szliśmy do rodziny lub zwiedzaliśmy Poznań, poznając jego dzielnice – Szeląg, Winiary, Śródkę, Wildę, Chwaliszewo, Główną. Ojciec zaszczepił w nas sentyment do miasta, pokazując jego ciekawe miejsca. Pięknie i dowcipnie opowiadał o mijanych ludziach, ulicach, podwórkach i bramach.

Ulica Szamarzewskiego przyciągała dzieci niezwykłymi sklepami. Tu w sklepie zoologicznym pana Skubla można było zobaczyć kolorowe papugi, ryby w akwariach i nawet żywą małpę. Edmund Skubel założył swój sklep w roku 1946 roku. Mieszkańcy Jeżyc chodzili „do Skubla” po dafnie, karmę dla ptaków, rybki, czy choćby tylko popatrzeć na zwierzęta. Pan Skubel urządził sklep w jednym z pokojów swojego mieszkania. Na dźwięk dzwonka przyczepionego do drzwi, sygnalizującego przybycie klienta, zza zasłonki wychodził pan Skubel ze swoim ukochanym psem Cziką, lub pani Skublowa z syjamskim kotem na rękach. Właściciele zajmowali się każdym, nawet małym dzieckiem bez pieniędzy, które tylko „przyszło pooglądać”. O Skublu i jego sklepie opowiadała mi przed laty siostrzenica pani Skublowej Wanda Możdżeń:

„ To był wspaniały człowiek. Klienci wspominają go do dziś. Wuj był z wykształcenia cukiernikiem, ale tak kochał zwierzęta, że postanowił założyć sklep. Nigdy nie dorobił się wielkich pieniędzy, nigdy nie wyjechał za granicę. Raz tylko zaprosił go do siebie jakiś hodowca, chyba z Niemiec. Pasją wuja były ryby. Nawet w kuchni na półkach stały wielkie akwaria ze skalarami. Wujowi udało się wyhodować słynnego czarnego bojownika. Ryby bojowniki w tym kolorze w przyrodzie nie występują, a wuj drogą krzyżówek takiego wyhodował. Ten czarny bojownik stał się sławny. Wuj dostał za niego wiele nagród i dyplomów. Nikt inny już nie wyhodował czarnego bojownika. Wuj pięknie grał na skrzypcach, a jego brat na akordeonie. Cioci zwierzęta nigdy nie przeszkadzały. Pomagała przy nich mężowi. Dzieci wujostwo nie mieli. Wuj umarł 1986 roku, ciocia przeżyła go o 3 lata. Leżą razem na Cmentarzu Górczyńskim.”

Sklep pana Skubla istnieje do dziś w tym samym miejscu, nosi nazwę „Nestor”. Właścicielem jest Zbigniew Jaskólski z żoną. Dbają o zachowanie tradycji, znają historię założyciela. Na ścianach, w szklanych gablotach wisi ulubiona kolekcja motyli pana Skubla, zachowano rząd pojedyńczych akwariów, w których pan Skubel hodował słynne czarne bojowniki.

Na wprost kościoła przy ulicy Szamarzewskiego mieścił się sklep pana Siwka. Dla dzieci sklep pana Siwka był skarbcem pięknych zabawek, kolorowych papierów, wycinanek do wklejania w zeszyt, kalkomanii, którą trzeba było przed przyklejeniem namoczyć w wodzie. Ileż było przy tym emocji. Wiele godzin spędziłam spoglądając w kalejdoskop (kupiony u pana Siwka) – w którym obracające się kolorowe szkiełka tworzyły barwne, niepowtarzalne wzory. Chłopcy kupowali koperytka w kartonowych okrągłych pudełkach - po zamontowaniu do pistoletu strzelały z hałasem. Były też korkowce – amunicje do tych pistoletów stanowiły korki naładowane prochem. Niejednego drzemiącego dorosłego wystraszył strzał z korkowca, lub strzelające koperytka. Zabawkowym przebojem u pana Siwka była gumowa laleczka. Napełniało się ją wodą, naciskało gumową czapeczkę i lalka siusiała jak najprawdziwszy chłopiec. Na rogu ulicy Wawrzyniaka mieścił się, równie czarodziejski, sklep z farbami. W papierowych workach można było kupić klej i kredę, które w odpowiednich proporcjach mieszało się przed malowaniem ścian, dodając wybranego pigmentu. Sufity malowano na biało, dodając do farby „modre”, kupowane w małych opakowaniach. Barwniki wyjmowano z szuflad metalową łopatką, i odważano, sypiąc do torebki. Jakież piękne żywe kolory demonstrował sprzedawca niezdecydowanemu klientowi, otwierając szuflady. Żółcie, oranże, róże, niebieskości w wielu odcieniach. Patrzyłam zafascynowana. W sklepie wypożyczano gumowe wałki, o różnych wzorach. Po nalaniu farby (najczęściej białej lub srebrnej) wałkiem na pomalowane ściany nanoszono wybrany wzór. Było to praktyczne – większość mieszkań ogrzewały piece i wzór maskował zabrudzenia, szybko powstające nad piecami.

W roku 1955 poszłam do Szkoły nr 36 przy ulicy Słowackiego. Urodziłam się w lutym i rodzice zdecydowali się posłać mnie wcześniej do pierwszej klasy. W klasie było czterdzieścioro dzieci. Patrząc na szkolne zdjęcie zastanawiam się jak nauczycielka pani Szulczewska dawała sobie rade z taką gromadą uczniów. Nie pamiętam, by kiedykolwiek podniosła na nas głos. Na lekcjach była cisza. Pisało się piórem, składającym się z obsadki i stalówki, maczając stalówkę w kałamarzu (były w zagłębieniach drewnianej ławki), które napełniała pani woźna. Pismo osuszało się bibułą. Łobuzy wrzucały do kałamarzy kawałki papieru lub muchy – wtedy powstawały kleksy, zmora szkolnych zeszytów. Na białe kartki czyhała też drewniana, olejowana podłoga. Upadek na nią zeszytu czy książki był katastrofą. Co pewien czas pani Szulczewska wysyłała dziecko na korytarz, by odczytało godzinę na szkolnym zegarze i zorientowało się ile czasu zostało do końca lekcji. Bałam się: zostanę wywołana i wyjdzie na jaw, że nie znam się na zegarku. Zegarki były wtedy rzadkością, więc korzystano z dużych miejskich zegarów, zamontowanych na słupach, budynkach, kościelnych wieżach. Ludzie umawiali się w mieście najczęściej „pod zegarem” (pamiętam takie na Moście Teatralnym i na Kaponierze). Zegarek był najbardziej wymarzonym prezentem na pierwszą Komunię Świętą. Babcia, na długo przed uroczystością, chodziła po sklepach z nadzieją, że uda jej się kupić zegarek. Po tygodniach poszukiwań trafiła na dostawę w Okrąglaku. Czekała kilka godzin i tuż przed nią skończyły się damskie zegarki. Dostałam męski, enerdowski, marki Ruhla. Cieszyłam się bardzo – upodobanie do dużych zegarków pozostało mi do dziś. Do Szkoły Podstawowej nr 36 i tamtych lat powróciłam nieoczekiwanie, statystując w filmie Filipa Bajona „Poznań 56”. Wbita w ciasny kostium, gładko uczesana, w okularkach (czułam się jak Nadieżda Krupska) siedziałam w nauczycielskim pokoju wraz z innymi „nauczycielami”. Na widok młodej koleżanki, która wbiega do pokoju i opowiada o rozruchach w mieście, miałam udawać zaniepokojenie i strach. Scena niestety do filmu nie weszła.

Po przeprowadzce na ulicę Jackowskiego przeniosłam się do szkoły przy ulicy Świerczewskiego (obecnie ulica Bukowska).

Dom przy ulicy Jackowskiego 57 (róg Długosza) był zakładowym blokiem. Ojciec pracował jako zaopatrzeniowiec w Zjednoczeniu Budownictwa Rolniczego i po staraniach otrzymał przydział na dwupokojowe mieszkanie na drugim piętrze. Mieszkały tu rodziny dyrektora, księgowego, inżyniera, dozorcy, stolarza, kierowcy, robotnika. Pełna demokracja. W bloku było 11 mieszkań (w tym trzy jednopokojowe) i 26 dzieci. Na ulicach, w parkach, na podwórkach było wtedy pełno dzieci, mimo skromnych warunków życia. Latem na podwórzu rozkładaliśmy koce i bawiliśmy się „w dom”. Można było grać „w linkę”, bawić się w „gonito”, „szukano”. Palant, sztekiel, dupnik, podchody, gra w noża (nazywana grą w cipka) – to tylko niektóre z zabaw. W czasie Wyścigu Pokoju, graliśmy kapslami w kolarzy, po deszczu w kałużach można było urządzać wyścigi zapałek. Dzieci były kreatywne. Nikt z dorosłych nie organizował nam zabaw i nie woził na dodatkowe zajęcia. Nieraz któraś z matek wyjrzała oknem dla kontroli albo rzuciła głodnym latoroślom skibki chleba w papierze. Parę lat temu my, dawne dzieci z Jackowskiego, spotkaliśmy się na pogrzebie jednego z nas - Alojzego Langnera. Wtedy uświadomiłam sobie jak wiele dzieci mieszkało na Jackowskiego. Część z nas nie żyje, reszta rozproszyła się po Poznaniu. Na pewno wspominają jeżyckie podwórko i dziecięce zabawy.

Dopiero jako osoba dorosła zdałam sobie sprawę jak skromne i trudne warunki życia ówczesnych rodzin. Dzieci tego nie czuły. Donaszało się odzież po rodzeństwie i kuzynostwie, największym kłopotem były buty – trudne do kupienia i drogie. W pamięci utkwiły mi występy w Domu Tramwajarza przy ulicy Słowackiego. Dziewczynki z drugiej klasy (wśród nich i ja), ubrane w krochmalone gazy tańczyły taniec śnieżynek. Lekko, zwiewnie! – upominała nas na próbach nauczycielka. Cóż z tego skoro większość z nas miała na nogach podkute, narciarskie buty. Tupot śnieżynek niósł po całym Domu Tramwajarza. Ilekroć tamtędy przechodzę wspominam tupot śnieżynek.

*

Z Jeżyc wyprowadziłam się w 1984 roku, z nadzieją, że wrócę. Nie wróciłam lecz często tu zaglądam – odwiedzam znajomych, rodzinę, chodzę na rynek i do fryzjera. Lubię spacerować po jeżyckich ulicach, najbardziej jesienią, kiedy wcześnie zapada zmrok. Wyobrażam sobie wtedy, że mury starych kamienic, podwórza i bramy przechowują obrazy dawnych ludzi i zdarzeń. Pamiętają o pani Walkowiak, rozstawiającej stragan na rynku, o Byku, nalewającym piwo w kufle i o jeżyckich gospodyniach, niosących w misce firany do prężenia albo ciasto do upieczenia u piekarza. W pamięci jeżyckich murów pan Zenek nadal spieszy „na setuchnę” do „Mazowieckiej”, pani Szulczewska idzie do szkoły, a Skubel po zamknięciu sklepu gra na skrzypcach. Mam nadzieję, że jeżyckie mury pamiętają też małą dziewczynkę z ulicy Kraszewskiego, która idzie z tatusiem do sklepu pana Siwka po anioła do wklejenia w szkolny zeszyt.

Dziękuję mojemu bratu Piotrowi Kęcińskiemu za pomoc przy wspominaniu dawnych Jeżyc

Barbara Kęcińska-Lempka