wielkopolski oddział

stowarzyszenia dziennikarzy
polskich

Marzec '68

 W marcu 1968 roku miałam 19 lat i byłam studentką drugiego roku Akademii Ekonomicznej w Poznaniu. Nie darzyłam miłością socjalizmu i partii, które wciskały się w życie jak tylko mogły. Teraz, po latach, zastanawiam się skąd ta niechęć i znajduję kilka przyczyn. W Poznaniu pamiętano Czerwiec 56, zabitych, rannych i represje wobec strajkujących. Przez wiele lat, podczas każdej wizyty premiera Józefa Cyrankiewicza, który w 56 roku „podnoszącym rękę na władzę ludową” groził obcięciem ręki, gwizdano i chowano za siebie ręce, by przypomnieć te haniebne słowa. Z roku 1956, choć byłam wtedy dzieckiem, doskonale pamiętałam czołgi na ulicach, strzały i przerażenie. Takich rzeczy się nie zapomina.

 Drugim, już nie tragicznym, ale groteskowym wydarzeniem, były obchody Tysiąclecia Chrztu Polski, które z polecenia Władysława Gomułki, pierwszego sekretarza PZPR, zorganizowano w Poznaniu, równolegle do uroczystości kościelnych i w tym samym terminie. Ludzie, pędzeni na państwowe uroczystości „Tysiąclecia Państwa Polskiego” (o rocznicy chrztu nie było mowy), porzucali szturmówki, transparenty i biegli na Ostrów Tumski, do Katedry, by uczestniczyć we mszy i wysłuchać kazania prymasa Stefana Wyszyńskiego.i .Kontrast między wielowiekową tradycją Kościoła a prymitywnymi rytuałami socjalistycznej władzy był uderzający.*2 ii2 Do partii zniechęcała też propaganda – prostacki język partyjnych kacyków, wielogodzinne, monotonne, przemówienia Władysława Gomułki i zaciekła walka z Kościołem. Władza twierdziła, że żyje się coraz lepiej, ale wystarczyło się dookoła rozejrzeć, by dostrzec beznadzieję i biedę. Chodziłam w dziurawych butach i nie stać mnie było na zimowy płaszcz, mimo że dorabiałam udzielając korepetycji. Nasłuchałam się na rodzinnych uroczystościach wspomnień ciotek, pamiętających życie w przedwojennej Polsce i politykowania wujów. Oni nie znosili „komuny” i byli dla mnie bardziej wiarygodni niż propaganda.

 Jeszcze jedna okoliczność skłoniła młodzież (także i mnie) do masowego udziału w protestach roku 68. Byliśmy jednym z ostatnich roczników wychowanych w duchu romantycznym – w liceum uczyli jeszcze przedwojenni nauczyciele, którzy przypominali powstania, omawiali „Dziady” (także III część), „Kordiana” „Pana Tadeusza”. Te lektury wsączały w nas niechęć do Rosji jako zaborcy, budziły potrzebę walki i romantycznych czynów.

 W roku 1968 Polskę obiegła wieść, że w Warszawie w Teatrze Narodowym cenzura, po paru spektaklach, zakazała wystawiania III części „Dziadów” (rolę Konrada grał mój ulubiony aktor Gustaw Holoubek). Mówiono, że w Warszawie przeciwko cenzurze protestują studenci. „Wolna Europa” wymieniała nazwiska Kuronia, Michnika i Szlajfera (nic nam one nie mówiły). Protesty dotarły do Poznania. Jadąc na uczelnię zauważyłam grupę studentów i transparenty przed Uniwersytetem Adama Mickiewicza, żądające zniesienia cenzury i przywrócenia „Dziadów”. Przemawiali młodzi ludzie. Milicja nie reagowała. Z koleżanką przyłączyłyśmy się do zgromadzenia i co dzień chodziłyśmy na Plac Mickiewicza, słuchać coraz ostrzejszych wystąpień. Rodzice odwodzili nas od demonstrowania, tłumacząc, że młodzież jest wykorzystywana do wewnątrzpartyjnych rozgrywek. Manipulują wami partyjne gangi – ostro mówiła ciotka. Ostrzegali profesorowie na uczelni, ale kto, by tego słuchał! Upojeni wolnością wreszcie mogliśmy wykrzyczeć swoją niechęć i mieć nadzieję na zmiany. Nie pamiętam, którego dnia uderzyła milicja i ZOMO. Otoczyły nas milicyjne budy i zomowcy w hełmach uzbrojeni w długie pałki. Przerażający widok. Ruszyli w tłum, bijąc zaciekle i wciągając do samochodów demonstrantów. Nie zapomnę dziewczyny wleczonej za włosy po ziemi przez dwóch osiłków. Krzyczała strasznie. Z koleżanką udało nam się uciec do naszej uczelni i zabarykadować w ubikacji. Z korytarza dobiegały krzyki i odgłosy pogoni (zomowcy wpadli do budynku – co było pogwałceniem prawa). Krążyły opowieści, o pobiciu pracowników naukowych i profesorów Partia szalała. Rozpoczęły się aresztowania. W zakładach pracy, na ulicach zwoływano przymusowe zebrania i masówki. Robotnicy (niektórzy nie wiedzieli o co chodzi) odczytywali wręczone im przemówienia, w których odżegnywano się od rewizjonistów i syjonistów. Wśród organizatorów strajku było wiele osób narodowości żydowskiej – dało to pretekst do antysemickich czystek w rządzie, na uczelniach, redakcjach, w wojsku (walka o władzę trwała w najlepsze, pozbywano się konkurentów).

 Na Akademii Ekonomicznej, podobnie jak na innych uczelniach, zwołano w auli wiec studentów i potępiono zamieszki. Jedynym profesorem, który miał odwagę zrozumieć młodych ludzi był profesor Zbigniew Zakrzewski. Oficjalnie, na wiecu wystąpił w naszej obronie, co było wtedy aktem dużej odwagi. Z mojego najbliższego otocznia nikogo nie aresztowano i nie relegowano ze studiów. Z innego wydziału wydalono (i chyba skazano) Marka Chełminiaka. Nie znałam Marka bliżej ale doskonale go pamiętam i nieraz się zastanawiałam jakie były jego dalsze losy. W następnych latach, stopniowo na emerytury odchodzili starzy, wspaniali profesorowie, ich miejsca zajmowali ludzie nijacy - karierowicze, przysłowiowi marcowi docenci, (były oczywiście wyjątki). Jeden z takich wykładowców, o żenującym poziomie umysłowym, po Okrągłym Stole, jako jeden z pierwszych założył prywatną uczelnię ekonomiczną w Poznaniu. Wtedy jeszcze się dziwiłam, dziś przestałam, bogatsza o wiedzę o przemianach w Polsce.

 Inną reperkusją protestów i formą nagonki na studentów były przymusowe praktyki robotnicze, obozy pracy, jak je nazywaliśmy. Moją studencką grupę,wywieziono do pegeerowskiej wsi Błocko i co dzień, rano transportowano do lasu. Wyrywaliśmy chwasty w szkółce leśnej. Po 2 tygodniach więziennego wiktu, ciężkiej pracy i mycia się pod pompą od dalszej mordęgi wybawiło mnie zapalenie oskrzeli.

 Marzec 68 roku utwierdził mnie w niechęci do partii i komunizmu. Zobaczyłam brutalność władzy, która nie cofnie się przed niczym, zobaczyłam jej zakłamanie i manipulacje. Kiedy powstała „Solidarność” od razu do niej wstąpiłam.

 Marzec, jak bumerang, wrócił do mnie w stanie wojennym. W czasie przesłuchań przed komisją weryfikującą dziennikarzy, redakcyjna koleżanka, której opowiadałam o udziale w demonstracjach, ujawniła ten fakt komisji. Dowiedziałam się o tym z protokołów weryfikacji dziennikarzy, odnalezionych w archiwach IPN.

 Po marcu, wykorzystanym jako pretekst do antysemickiej nagonki, zaczęli z Polski wyjeżdżać Żydzi, wyrzucani przez władze i partię. Bardzo im współczuliśmy - to nie była decyzja polskiego społeczeństwa ale władzy. Wyjeżdżali naukowcy, artyści. Żydowska inteligencja zasiliła młode państwo Izrael. Wśród uczciwych Żydów, opuszczających Polskę, byli pracownicy aparatu bezpieczeństwa. Jako prześladowani wygodnie urządzili się na zachodzie i nie ponieśli odpowiedzialności za swoje zbrodnie (n.p. Stefan Michnik, Helena Zwolińska, Salomon Morel). Jako ofiara, prześladowana przez „polskich antysemitów” wyjechała też Helena Widerszpili – przewodnicząca ZMP na Uniwersytecie Warszawskim, która doniosła na Janusza Szpotańskiego i spowodowała wyrzucenie go ze studiów za napisaną fraszkę. Szpotański („biedną i prześladowaną”) spotkał ją na Dworcu Warszawa Gdańska. *3. Ale o tym wszystkim dowiedziałam się dużo, dużo później.

Często rozmawiam z młodymi ludźmi . O marcu 68 i innych faktach z naszej najnowszej historii niewiele słyszeli.

Basia Lempka

Przypisy:

1. Władysław Gomułka nie używał słowa „prymas”. Nazywał Stefana Wyszyńskiego kierownikiem Episkopatu.

2.Parę lat temu rozmawiałam z inżynierem, który wtedy kierował budową ołtarza. Milicja, by uniemożliwić prace, zablokowała wjazd i wyjazd na Ostrów Tumski (na wyspę prowadzą dwa mosty). Materiały na budowę przetransportowano Wartą pod osłoną nocy,

3. Warto przytoczyć, jako ciekawostkę „ustęp końcowy” utworu Janusza Szpotańskiego, z który skreślono go z listy studentów Uniwersytetu Warszawskiego:

„Taką miała w sobie parę,

że drżał przed nią każdy, a re-

akcji zaplutego karła

niewątpliwie w proch by starła,

traf chciał jednak, że umarła.

Pochowano ją w mogile

zasłużoną Widerszpilę.

Pogrzeb miała jak się patrzy

sierp i młot na grobie na krzyż,

mów zaś było pięknych tyle,

że spłakała się w mogile.

Lecz gdy się skończyła pompa,

cicho ktoś na cmentarz stąpa

i przystaje tuż przed grobem.

Pewnie kochał tę osobę,

bo łza spływa mu po wargach,

pierś zaś targa cicha skarga.

To nad grobem Widerszpili

cicho kwili Dżugaszwili”.

(wyjaśnienie dla młodych – Dżugaszwili to gruzińskie nazwisko Stalina)