wielkopolski oddział

stowarzyszenia dziennikarzy
polskich

Recenzja Strindberga u Fredry

Topienie Strindberga – hrabia wyszedł suchą stopą z dramatu (szkic recenzencki)

Strindberg, którego grywano namiętnie w drugiej połowie XX wieku, powraca. Dramat naturalistyczny odczytany na nowo, czy tylko nic nowego pod słońcem, a zwłaszcza w relacjach damsko-męskich? Paradoksalnie nazywany mizoginem ze Szwecji beznadziejnie staje się ostrzeżeniem, przed światem, który mu przypisano. Syn służącej o sprecyzowanym podejściu do kobiet, którego mógłby się rzekomo od niego uczyć Otto Weininger, zostawił wśród swoich dzieł jednoaktówkę Panna Julia. W tłumaczeniu Kalinowskiego Panna Julie.

Co autor miał na myśli? Jak zwykle nie ma dziś znaczenia. Panna Julia mimo pozornego spłycenia dziś, dysproporcji społecznych wynikłych ze statusu i majętności, stała się głosem, tych, którym zastany porządek damsko-męski się nie podoba, którzy za brzytwę Julii zgotowaliby Strindbergowi protest czarnej parasolki. To chyba jednak On sam jest głosem sprzeciwu.

Panna Julia – klasyk. Można się ciskać na tego Augusta Strindberga, wytykać mu powtarzany przez 130 lat, odmieniany przez wszystkie możliwe przypadki dramat naturalistyczny, który dziś pachnie już muzeum, a jednak wszystko wskazuje na to, że dramaturgiczne mięcho kręci się właśnie wokół: pożądania, miłości i sexu, pieniądza i władzy.

Tekst rzecz jasna naturalistyczny, mocny, jeśli ostry to jak zardzewiała maczeta, nie jak brzytwa. To też przede wszystkim gęsty od emocji tekst, siłą ekspresji zbliżony do namalowanego przez Strindberga płótna Sztorm w Archipelagu zwanego też Latający Holender. Tekst, który nie pozostawia aktorom miejsca na asekurację. Triki reżyserskie, skrecze i kwiatki mają się tak do Strindberga, jak pseudomarmuryzacje w Hotelu Pietrak do mozaiki na sklepieniu Baptysterium obok Duomo di Firenze. Co ważne przy czytaniu Strindberga, słowo klucz, wytrych literaturoznawców i teoretyków dramatu: naturalistyczny nie znaczy tego, co wyrażenie naturalizowany, reżyser pomylił. Zgotował aktorom brodzik, na szczęście Ci wystawali sponad tej wody, momentami nawet pięknie wystawali i dało się zapomnieć o awarii wodociągów.

Wróćmy jednak do tego, co wydarzyło się na scenie u Fredry, nawet jeśli przypominała ona basen.
I cóż, że ze Szwecji?

Filip Gielgon młody reżyser, który sporą część swojego życia spędził w Szwecji, zapowiadał spektakl, pełen Strindberga w Strindbergu. Coś się chyba zadziało w ojczyźnie Strindberga nie najlepiej ze spuścizną wielkiego dramaturga. Zupełnie niedawno najwspanialsza Szwedka (zaraz po Anni-Frid Lyngstad*) Liv Ulmann jakoś nieszczególnie pokazała w Miss Julia takiego Strindberga, (do którego miłość przejęła od samego Boga, którym niewątpliwie był Bergman), więc ta Ulmann pokazała Augusta, który niby był strindbergowski, a jakiś taki płaski. Ten wulkan emocjonalny, jaki wrzucił w Pannę Julię zginał u Ulmann, zginął też u Gieldona. Trudno chyba nawet powiedzieć dlaczego...

Chociaż...wcale nie trudno to powiedzieć. Na Boga, tak jak nie wiadomo po jaką cholerę boska Liv wrzuciła: Julię, Jeana i Krystynę (Jessica Michelle Chastain, Colin James Farrell i Samantha-Jane Morton) z cudownej Skandynawii na Irlandię. Zamiast twardego języka emocji i lodu, każe bohaterom bełkotać językiem świata kibiców West Ham United. Liv Ulmann zastąpiła naturalizm dramatu, naturalizacją Skandynawów, jakby sami z siebie nie byli dość europejscy.

Wróćmy do wody. Od pierwszego odbicia w wodzie, od pierwszej najmniejszej fali, widz zastanawia się, gdzie pękła rura w tej kuchni. Rzecz jasna Freud by nam jakoś tę wodę wytłumaczył. Filip Gieldon, raczej winien się z tej wody wytłumaczyć. Tylko argumentów brak, najmniejszych, albo wiadome tylko reżyserowi. Rzecz jasna namiętności walka płci i inne takie erotyczne motory życia bywają jak brodzenie w płytkiej wodzie, tu raczej stają się mielizną. Aktorzy całe półtorej godziny męczą się miast z ciężarem roli, wagą tekstu - z mokrymi butami, nogawkami i sukienkami... W tych cichych partiach, które mają w zamyśle Strindberga podbić dynamikę, rzucić dodatkowe plany emocjonalne, bo relacje damsko-męskie to nie tylko brutalizm, sex i wrzaski, aktorzy walczą z chlupotaniem wody pod stopami, by nie zagłuszyło słów.

Ruch wody, refleksy i może ten puszczony w zalanej kuchni wianek Krystyny to zdecydowanie za mało, 1 kubik wody to 1000 kg. Zatem na oko mamy tu po dwakroć tonę... I tak tonie podwójnie Strindberg. Nie ratują tego zabawy rzutników i kamer. Rzut z góry na stół i golenie się Jeana trzyma się jakiejś spójności obrazu. Gra to z grubsza ze scenografią, trochę jednak grubo ciosane to współgranie.

Zamysł scenografii, pleksi, odbicia, perspektywa jak z lustra 3 drzwiowego, świetny długi stół, nawet te noże kuchenne... Anna Tomczyńska myśli obrazem fotograficznie. Stosuje na szczęście optykę szerokiego kąta, widzi całość. Zatem to, co widzi widz. Wydaje się, że reżyser chciał pójść w granie detalem, koncentrując się na szczególe, zapominał, o tym co w polu widzenia widza. Tu rację ma jednak scenograf i dobrze. Teatr, nie jest filmem, widz nie ma funkcji zoom w oku.

4919 znaków do tej pory, a tu wciąż o tej wodzie. Tak jednak wygląda proporcja uwagi widza, który próbuje zrozumieć, po co ta woda, który zastanawia się, czy aktorom nie zimno, który wreszcie zerka ukradkiem, czy aby jakiś kieliszek, czy butelka się nie zbiły, bo aktorom może stać się krzywda...4919 znaków lania wody, zamiast recenzji, zatem zmienię tryb, osobę i czas na moment:

To pan panie Filipię tę wodę wylał. A szkoda. Szkoda nie tyle Strindberga, żadna miłość nawet ślepa mu nie zaszkodzi. Wartkiego tłumaczenia Mariusza Kalinowskiego – szkoda. Dobrze się je chłonie.

Szkoda to przede wszystkim młodych aktorów.

Michalina Rodak, od pewnego czasu na tej małej, ale porządnej już prowincjonalnej scenie daje to, czego szuka się w teatrze – pewną prawdę emocji. Emocji, których w tym tekście dał kucharce Krystynie Strindberg całą paletę. Ma w Pannie Julii kilka ładnych momentów, subtelnych. Reżyser wyciął jednak grubymi nożycami postać z tektury, aktorka, co widać, nie dostała dobrze zarysowanych konturów. Zamiast prawdy mamy w 3/4 udawanie, że się nie udaje - kompletny Cartoon Network. Te chwile, w których pojawia się emocja wewnętrzna, pojawiają się półcienie, gra dostaje rytmu i potoczystości, rodzi się 3D i a nie ma bebechów. Więcej subtelnych momentów, zaufania do aktorki...prosi się o to. Naturalizm bywa epicki jak życie.

Piękne momenty zdarzają się Matyldzie Paszczenko. Tytułowa Panna Julie już przez Strindberga została ustawiona jako filar sztuki. Doświadczenie aktorskie pozwala jej zrobić swoje dobrze. To na niej ciążą najtrudniejsze zarówno kondycyjnie, jak i emocjonalnie momenty. Unosi zmysłowość, kiedy kusi Jeana siedząc na stole i jeszcze w kilku momentach. Naturalizm odcisnął na niej nie jeden siniak...

Taka praca, taka rola – jeśli reżyser ma na to uzasadnienie – powiedziała mi kiedyś Dorota Masłowska. No ale nie ma...

Walka o wpływy pomiędzy Jeanem a panną Julie rozkłada się mniej więcej równo. Paszczenko zdecydowanie lepiej, wiarygodniej gra w tej części, w której Julia już przegrała, kiedy gotowa jest wyjechać i staje w bezradności w tym czarnym kostiumiku z klatką w ręce... Pod koniec robi się teatr w tym brodziku. Tyle że zrobiłby się i bez lania wody. Jest sporo dobrej gry. Prawda przegranej jest gorzka jak zapowiedź leżącej brzytwy... Nareszcie pojawia się, umowa, konwencja, niedopowiedzenie – teatr po prostu. Bez dziwów i fiku miku. Okazuje się nie tylko dzięki Matyldzie Paszczenko (choć to naprawdę bardzo dobra aktorka), że gdyby tak jeszcze raz zrobić to, może wyczyścić, to po stronie obsady przynajmniej jest zdolność, gotowość... Jest prawda Strindberga.

Paweł Dobek nieszczęsny Jean, niby taki tylko na dwa fronty łajdak inteligentny, albo gorzej facet, a jednak Strindberg skroił mu też tę pięknie smutną retrospektywę dzieciństwa, chwile refleksji... Młody aktor jest na scenie w przeciwieństwie do pań cały spektakl. No taka już dola mężczyzny, gdy mu się chce tak właśnie na podwójnej kociej łapie... Daje radę. To jest rzetelne aktorstwo, z momentami pełnego wymiaru. Potrzeba mu dojrzałości, ogrania, przemielenia na kilku scenach w kraju – to prawda. Za parę lat będzie już grał Ostatnią Taśmę Krappa. Dramat Dobka w Pannie Juli niestety nie skupia się tylko na wewnętrznym konflikcie postaci, to nie tylko dramat Jeana, to widoczny momentami dramat Pawła, aktora, kompletnie niepoprowadzonego przez reżysera, a przecież nie o teatrze, a o życiu mówi tu Strindberg.

I jeszcze młodzież. Fajna młodzież, która pokochała teatr, przez tych kilka lat warsztatów u Fredry, wrażliwa... Wrzucona w stroboskopy chamskiej dyskoteki wyciętej z przeciętnego teatru szkolnego lat 80-tych XX wieku. Żeby było jasne, młodzież swoje zrobiła dobrze. Szkoda, że robiła za krótki antrakt ni z gruszki, ni z pietruszki, uniosłaby również coś sensownego.

8500 znaków. Wydawało się, że trzeba było tę recenzję zakończyć na słowach o zapominaniu o awarii wodociągów. Czy to jednak wyrzuty sumienia kazały szukać jaśniejszych punktów? Chyba nie, nikt o czystym sumieniu nie zostaje krytykiem – to pewne.

Bo gdyby oprócz tej wody, nie było kompletnie nic...gdyby nie było aktorów, dobrych młodych aktorów, młodzieży, techniki i tego kilkuletniego budowania porządnej prowincjonalnej sceny z teatru wielkiego w pipidówie małej... Gdyby nie było tego no i gdyby nie to, że wszyscy kochamy Strindberga, to pewnie trzeba by było się przyznać, że się tej nowej myśli reżyserskiej nie rozumie...się nie dorosło...się nie zna...albo, że się cholera nie umie pływać...

To wszystko jednak też było. Rwanie szat, najazd na reżysera? Przecież nie podaje się brzytwy tonącemu, młody jest, trzeba się czasem podtopić, by nauczyć się pływać.

A Fredro? Jeden średni spektakl... To, żadna tragedia, taka dziedzina, że błędy na scenie jak na dłoni... Każdy, kto robi teatr świadomie, wie, że to właśnie upadki i wzloty są dynamiką rozwoju. Myślę, że mimo wszystko warto zobaczyć, nawet jeśli tak na prawdę nie moczy się na scenie tylko pan Hrabia

Panna Julie w przekładzie Mariusza Kalinowskiego i reżyserii Filipa Gieldona miała swoja premierę w Teatrze im. A. Fredry 10 Lutego 2017

zdj. Dawid Stube

Jarek Mixer Mikołajczyk