wielkopolski oddział

stowarzyszenia dziennikarzy
polskich

Refleksje medialne

Rok 2018. W świecie polityki, w świecie mediów. Tematów bez liku. Polityka i jej rzemieślnicy – polityczni gracze już od dziesięcioleci jawią się nam poprzez medialne lustra. Ponad sto lat temu, gdy naszła nas potrzeba ujrzenia tych, którzy nami rządzą, musieliśmy zobaczyć ich na żywo. Z katedry, z podwyższenia, z tronu, z balkonu wykrzykiwali nam swoje racje, które stawały się naszymi albo nie. Potem mogliśmy widzieć ich podobizny w codziennej gazecie – ich twarze były zastygłe w grymasie lub w uśmiechu, co zależało od sympatii jaką miała do nich redakcja lub też braku takowej.
 
Gdy pojawiło się radio mogli do nas mówić częściej, z oddali, bez końca. Gdy docierał do nas ich głos nie chronił nas tłum podobnych do nas, nie chroniła nas tłumu tego ironia: broń przed zakłamaniem. Zachowaliśmy wprawdzie władzę ściszenia odbiornika, lecz ich samych – mówców, wodzów, ściszyć już się nie dało. Potem przyszedł obraz. Sztuka wzajemnej manipulacji – polityków mediami, mediów politykami. 

Politycy pragną władzy, której nie posiądą bez widowni. To zazwyczaj ich w tej dziwnej, dwuznacznej relacji władzy i mediów portretuje się jako tych złych, podstępnych, nieufnych i nie budzący zaufania. Śmiem jednak stwierdzić, że często wypadają oni lepiej, są, byli i będą, uczciwsi. Kłamią, bo muszą. Oddajemy im do wypełnienia funkcje zarządców, już chwilę potem mając ich serdecznie dość. Jesteśmy jednak od nich uzależnieni: władza to zjawisko antropologiczne. A dziennikarze czego pragną, kim są w tym teatrze: „strażnikami bram”, częścią układu, politykami bez etatu, ministrami propagandy? Polityk bierze społeczeństwo jakie jest mu dane, będzie archaniołem wśród aniołów, über-diabłem pośród czartów.
 
Wystarczy jednak przez chwilę wypłynąć na szerokie wody internetu, społecznościowych mediów, wsłuchać się w ich szum i zadać sobie pytanie: kogo bardziej nienawidzą rebelianci z prawa i z lewa, z kim polemizują, z kim walczą? „Meanstream”. Dzisiejsi rewolucjoniści walczą z przekazem. Starcie między CNN a Fox News, to walka dziś istotniejsza, ta od której zależy wynik wyborów do Kongresu. Dziś nie podpala się komitetów partii, podpala się redakcje. 

Ambicja stwarzania rzeczywistości jest dla polityka odczuciem właściwym, natywnym, choć często groźnym. I tak gdy polityk nie ukrywa przed nami, choć zależy to od konwenansów epoki, iż pragnie rządzić, to przyjąć powinniśmy to za dobrą, solidną monetę. Bójmy się tych, którzy przyrzekają nam, że pragną urzędu kierowani wyłącznie miłością ludzkości. Ich zadaniem jest przecież, było i będzie, siedzieć na wysokim krześle, z zimnym jabłkiem w dłoni, a tuż przed nimi pejzaż rozłożysty i mrowisko. 

A co tym czasem uchroni dziennikarza przed tym, aby jego myślami nie zawładnęła chęć „definiowania”, „reinterpretowania” tego, co jest? Kierowania rzeczywistością nie z pozycji gliny, tylko meta-elementów. Panowanie nad słowem, za pomocą którego będzie się następnie spisywać ustawy. Gdy nie zadowala go rola kronikarza chwytającego słowa ulotne jak motyle wylatujące z ust królów, prezydentów, premierów, naczelników, prezesów, dyrektorów, chce być kimś więcej: od oceniania władzy, po jej niejawne sprawowanie. Ostatnie dziesięciolecia pełne były takich transformacji. Żachnie się jednak brać dziennikarska i to stanowczo: przecież nie od tego jesteśmy! Naszym praszczurem nie był Gall Anonim czy jakiś Kadłubek! Pewnie że nie, raczej o ojcostwo posądzałbym Machiavellego.
 
Nie, lecz oczywiście, że nie. Redakcje to nie klasztorne skryptoria. Lecz problem pozostaje: gdy pojedynczy dziennikarz, konkretna osoba, wykonująca ten fach „społecznego zaufania”, może kierować się szczytną intencją, deontologią dziennikarską, to wciśnięty w formę, w strukturę medium, które nie jest już bytem zbiorowym, lecz nabierającym własnej świadomości graczem, to ten pojedynczy żurnalista staje przed koniecznością kompromisu. Tłum Kantów, to jednak zawsze tłum. Czy znaczy to że freelancer obdarzony jest jakąś szczególną odpornością, jakąś szczególną cnotą? 
Lecz nawet żywot redakcji nie jest pewny, co pokazuje los „The Weekly Standard”, który padł ofiarą politycznych fal Trumpizmu i anty-Trumpizmu na amerykańskiej prawicy. Nie byłoby Adolfa jako wodza nowej Rzeszy bez radia, jak nie byłoby Chomeiniego jako przywódcy rewolucji bez krążących z jego wystąpieniami kaset – stwierdza banalna prawda. Władza jest rozproszona – ma to swoje zasadnicze plusy, skoro nie może zniknąć, bo wpisana jest w naturę świata, niech lepiej będzie taką. Jedni ustalają prawo, inni je wprowadzają, inni jeszcze mówią nam czy jest ono złe czy dobre, postępowe, demokratyczne, zgodne z tradycją czy wywrotowe. 

I kolejny krok milowy – media społecznościowe. Tu już rozpoczyna się prawdziwe szaleństwo. W 2018 r. nie dostrzegam żadnego „wielkiego skoku”, ostatecznego przełomu. To raczej był rok kontynuacji procesów, które towarzyszą nam od lat. Media „tradycyjne” nauczyły już się bardzo sprawnie wykorzystywać Internet; co kiedyś miało być dla nich śmiertelnym zagrożeniem, stało się nową szansą. Po prostu, użytkownicy tego medium, choć nie są tylko „biernymi” odbiorcami, nie stali się jednocześnie zbiorową redakcją. Po amatorach, przyszli profesjonaliści i zrobili swoją robotę. Wielkie koncerny, jak i małe medialne przedsiębiorstwa, zdobyły nowe przestrzenie.

Napisałem wcześniej, że mamy tu dwie strony: media i świat polityki, nie jest to tak do końca uczciwe: są przecież także odbiorcy. Gdy przychodzili pod balkon mogli rzucić w nielubianego polityka nieświeżym owocem, dziś złośliwym komentarzem. Media społecznościowe to wyzwolenie. Dla polityków zwłaszcza. 

Trump okazał się prorokiem nowych zasad, form komunikacji. Słowa kiedyś ulotne, przemyślenia oddane na pożarcie chwili, teraz moją szansę w formie kilkudziesięciu znaków ze spacją przejść do wieczności online. To nic że jeszcze tak niewielu ma odwagę iść za nim. Młody miot polityków będzie twittować szybciej niż nauczy się posługiwać piórem. Może nawet nie będzie do posługiwania się nim w ogóle zmuszany.

Nowe platformy medialne mają jeden zasadniczy efekt. Znoszą granice, oczywiście te, które zawsze były umowne. Klasyczna konferencja prasowa: tam stoi polityk, naprzeciwko niego dziennikarze, specjaliści, eksperci; oni pytają, on odpowiada. Widzowie ustawieni w najdalszym, lecz najszerszym kręgu, oceniają i oglądają. Sympatyzują z nim („dobrze tym gryzipiórkom odpowiedział”) lub z dziennikarzami swojej ulubionej ideologicznej maści. 

W mediach społecznościowych każdy po trosze może być, stać się na chwilę, dziennikarzem, komentatorem. To przede wszystkim podważenie szczególnej roli dziennikarza. A jednocześnie zwycięstwo polityków nam nim. Hierarchię znaczenia ustala liczba polubieni. Dziennikarz na tej platformie ustawiony jest we względnej równości z każdym innym. Jedyna droga to mocniejsze wejście struktur redakcyjnych. Koniec partyzantki w social mediach, wkroczyć tam muszą zorganizowane oddziały. Redakcja to struktura, to „stronnictwo”. 

Czym był, jeśli był czymś szczególnym rok 2018 r. w świecie mediów i ich relacjach z polityką? Nie spotykam wiele głosów wołających o medialną suwerenność. Nie, nie chodzi mi tutaj o formalną, prawną niezależność. Lecz suwerenność myślową. Tę oczywiście każda redakcja bardzo chętnie przypisze sobie, odmawiając jej zarazem swojej konkurencji. Lecz już wszyscy zaakceptowali ten stan, każda ze stron, ostrego politycznego sporu, który w świecie jest nie mniej żarliwy niż u nas. 

Tak, Polska nie jest żadną aberracją, walka idei to dziś rzecz powszechna. Nie dajmy sobie wmówić, że gdzieś tam „wszyscy ludzie” godzą się na ideologiczne kompromisy. Każda ze stron ma „swoje media”, dostarczycieli „słusznych” opinii. Dziesiątki profesjonalnych dziennikarzy i bardziej lub mniej amatorskich youtuberów każdego dnia zajmuje się „odkłamywaniem”, „podważaniem”, „negowaniem” i „ujawnianiem”. Moje medium, moje radio, mój portal. Każdy poszukuje tego miejsca, gdzie jego myśl odnajdzie swoje plemię. Odpowiedź na pytanie czy media jeszcze kontrolują władzę wymaga wielu rzetelnych badań, analizy przypadków. To, co jednak bardziej widoczne to silny, żywy związek między człowiekiem a jego mediami, które followuje, które echem na jego „tak” odpowiadają „tak”, na jego „nie” powtórzą „nie”. 

Łazarz Grajczyński