wielkopolski oddział

stowarzyszenia dziennikarzy
polskich

Reporterskie przygody i anegdoty - Barbara Kęcińska-Lempka

Przez wiele lat pracowałam jako reporter, początkowo w „Expressie Poznańskim”, potem w „Dzienniku Poznańskim”. Podczas wędrówek po mieście spotkałam ciekawych ludzi, przeżyłam niezwykłe przygody, które często wspominam. Oto niektóre z nich:

„Co te śmieciarki tak trąbią?”

Kiedy w latach siedemdziesiątych, po cyklu reportaży z Grecji, którą objechałam samotnie autostopem i po latach pracy w korekcie, przyjęto mnie na stanowisko reportera „Expressu Poznańskiego” byłam pełna energii i niekonwencjonalnych pomysłów. Pisało się wtedy najczęściej „zza biurka”, zbierając informacje przez telefon. Ja wyruszyłam na poznańskie ulice. Jeden z pierwszych reportaży (zlecono mi pisanie o gospodarce komunalnej) pokazywał pracę śmieciarzy – tak ich wtedy nazywano. W szoferce towarzyszyłam śmieciarzom w objeździe, pojechałam na wysypisko. Wieść o pobycie dziennikarza w takim miejscu rozniosła się lotem błyskawicy – na wysypisko zjechało mnóstwo śmieciarek. Panowie byli mili, opowiadali zajmująco o swojej pracy - każdy człowiek ma wiele ciekawego do opowiadania, wystarczy go nakłonić do rozmowy i umiejętnie wysłuchać. Długo po ukazaniu się reportażu, trąbiły mijające mnie na ulicach śmieciarki, a kierowcy machali przyjaźnie. Budziło to ogromne zdziwienie idących ze mną osób. - Co te śmieciarki tak na ciebie trąbią? - pytali zaskoczeni.

Luksusowe prostytutki

Izba Wytrzeźwień mieściła się wtedy na Alejach Marcinkowskiego. Telefonicznie umówiłam się z kierownikiem na reportaż. Wchodzę do Izby, a tam długa kolejka do jakiegoś okienka. Gdy do niego doszłam pani spytała czy przyszłam zapłacić za pobyt. Okazało się, że trafiłam do kasy. Kierownik Izby w rozmowie był wyjątkowo spięty i oficjalny. By rozluźnić atmosferę opowiedziałam z humorem jak wzięto mnie za klientkę izby. Kierownik, zamiast się roześmiać, potraktował incydent jako niezręczność i zdenerwowany, dla zmazania gafy, wypalił: „Chyba się pani nie obraziła, luksusowe prostytutki też do nas trafiają”.

„Sibra pani nie uciągniesz!”

Ogród zoologiczny to wdzięczny temat dla reportera. Lubiłam pisać o zoo i często umawiałam się z opiekunami zwierząt na towarzyszenie im w pracy (raz nawet na nocny obchód ogrodu). Po kilkugodzinnym chodzeniu po ogrodzie, karmieniu podopiecznych dowiadywałam się wielu ciekawostek, których nigdy bym nie poznała w krótkiej rozmowie. Kiedyś w starym „zoologu” pomagałam w pracy miłemu, starszemu pracownikowi. Na zakończenie dnia należało wpędzić do szopy mary patagońskie (skrzyżowanie królika z kangurem, już ich teraz w zoo nie ma). Biegałam po wybiegu, krzycząc „A sio! Huu,huu”, a mary, nienawykłe do obcej osoby, za nic miały moje starania.

- Może się zamienimy. - zaproponowałam - Pan wpędzi mary do szopy, a ja ją zamknę.

- Odpada, sibra pani nie uciągniesz! - skwitował mężczyzna.

Odtąd, jeżeli życie stawiało przede mną trudne, niewykonalne zadania mówiłam „Odpada sibra pani nie uciągniesz!”

U szewca

Do warsztatu szewca przyciągnęło mnie niezwykłe wystawowe okno. Ustawiono w nim plastikowe buty, w które włożono sztuczne kwiaty. Szewc okazał się starszym fachowcem, chętnym do rozmowy i opowieści. Jak robiono buty na miarę, dlaczego buty kiedyś skrzypiały i w jaki sposób to skrzypienie osiągano? Jacy ludzie przychodzą do szewca? Jak zmienił się ten zawód? - zadawałam mnóstwo pytań. Miło się gawędziło w niezobowiązującej atmosferze, więc na zakończenie spytałam: „Czy to prawda, że szewcy piją? Mówi się przecież szewski poniedziałek.”. Szewc bardzo się oburzył i gwałtownie zaprzeczył „To potwarz, obelga, złośliwe plotki.” Posłużył się oczywiście nieco innym słownictwem, którego nie przytoczę. Spakowałam swoje notatki, zamknęłam torbę. Wtedy szewc otworzył szafę, wyjął butelkę wódki i spytał; „Napije się pani ze mną?”. Po tak udanym wywiadzie trudno było odmówić. Piłam z szewcem. Oczywiście w redakcji się nie przyznałam, choć uczciwie dodam, że skończyłam na trzecim kieliszku.

„Różne takie się kręcą”

Często przechodziłam ulicą Północną. Na bocznicy kolejowej stały wagony mieszkalne – tymczasowe locum dla pracowników torowych. W oknie jednego wagonu, w skrzynkach rosły dorodne pomidory. Kto je tu posadził? Komu chciało się wprowadzić naturę do zgrzebnych baraków na zakurzonej kolejowej bocznicy? Postanowiłam się dowiedzieć. Weszłam na kolejowy teren i natychmiast zostałam przywołana do porządku przez kierownika osiedla. Długo przyglądał się legitymacji dziennikarskiej, porównywał ją z dowodem osobistym, którego zażądał. Odwiedzałam różne miejsca, byłam w wielu zakładach pracy. Nigdzie tak dokładnie nie prześwietlono moich dokumentów jak na bocznicy kolejowej przy ulicy Północnej. Po drobiazgowej lustracji zostałam wpuszczona na teren z wyjaśnieniem: „Bardzo panią przepraszam,ale różne takie tu się kręcą”.

Pierzyny i partia

Włócząc się kiedyś po mieście zauważyłam, jeden z ostatnich w Poznaniu, warsztat czyszczenia pierza. Spędziłam z właścicielką ponad dwie godziny z widokiem na bęben, w którym obracały się czyszczone pióra. Rozmawiałyśmy o pierzynach, wsypach, inletach, a nawet o zimowej olimpiadzie w Lillehamer, po której wzrosło zainteresowanie puchowymi kołdrami. Pani Grażyna, by przejąć warsztat po rodzicach, musiała zataić wyższe wykształcenie, zdać egzamin w Izbie Rzemieślniczej i uzyskać papiery mistrzowskie w grupie „mistrz bieliźniarski”. Pokazała mi podręcznik, jaki pozostał jej z okresu nauki - „Pierzarstwo” (K.Deręgowski. K.Juska Wydawnictwo Naukowo -Techniczne, Warszawa 1973). W rozdziale o rozwoju pierzarstwa w Polsce można było poczytać o „osiągnięciach z zakresu pierzarstwa w 25-lecie PRL”. Według autorów „początek rozwoju pierzarstwa w Polsce datuje się od około 1918 roku. Po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku dorobek pierzarski z trzech zaborów był bardzo skromny.” Potem były już świetlane czasy PRL, gdzie propagandę wciskano nawet do pierza. By utrzymać się w klimacie podręcznika i nawiązać do pierzyn, zacytowałam w reportażu fragment wiersza poznańskiego poety (dyskretnie przemilczę nazwisko): „Powiedziała matka / sprzedana pierzyna ostatnia / i wtedy po raz pierwszy usłyszałem / mocne męskie słowo PARTIA”

Fotoreporter na Koziołkach

Zastanawiam się czy towarzyszący mi niekiedy fotoreporter „Dziennika Poznańskiego” wspomina nasze wędrówki po Poznaniu. W tylu niezwykłych miejscach byliśmy. Niestety, przynosiłam mu pecha. Na Głównej o mały włos pogryzłby go pies. W Bogucinie, po wywiadzie z dróżnikiem, na przystanku urwała się przyczepa od ciężarówki. Cudem uniknęliśmy śmierci. Na ratuszowej wieży, gdy fotografował od tyłu wyjeżdżające koziołki zakleszczyła mu się noga w mechanizmie. Niewiele brakowało by na oczach zdumionej publiczności wyjechał na jednym z koziołków. Po paru takich przygodach bał się ze mną wyruszać do miasta i osobno umawiał się z moimi rozmówcami na zdjęcia.