wielkopolski oddział

stowarzyszenia dziennikarzy
polskich

Tak tajne, że przed przeczytaniem spalone

Zapis reportażu radiowego z 2006 r.

W dniu 28 czerwca 1956 roku na ulicach Poznania giną ludzie. Kilka miesięcy później, podczas Procesów Poznańskich słynny obrońca mecenas Stanisław Hejmowski pyta:

Co robiło radio tego dnia? Ja nasłuchiwałem w domu kilkakrotnie w oczekiwaniu na jakieś komunikaty, nastawiałem na radiostację miejscową ,Poznańską. Były polki, były mazurki, ragtime, rozmaite tańce ale nie było głosu, który by przemówił do ludzi i powiedział: Władza jest w drodze, leci przedstawiciel władzy do Poznania, wojsko jest w drodze, ludzie opamiętajcie się, rozejdźcie się do domów. Gdyby takie komunikaty radio powtarzało co 10-15 minut, to jestem przekonany,że ludzie by się uspokoili i rozeszli.

Co robiło radio tego dnia? Czy można pół wieku później odpowiedzieć na to pytanie?
Zofia Brzezińska redaktor muzyczny i Gerard Wawer technik radiowy:

Co nadawano?Ludowe piosenki szły na odbiorniki te, które były na ulicy. Żadnej muzyki poważnej nie było,tylko wszystko takie leciutkie.
Czy informowano co się dzieje w mieście?
Nie. Nic nie podawali .Cisza, to było tak tajne, że przed przeczytaniem spalone.

Jak zaczął się ten dzień, mówi technik Jerzy Dudziak:

O godz.9. rano przyszedłem na dyżur.Wszedłem do amplifikatorni aby przywitać się z kolegą i zauważyłem ( z tarasu)nadciągający tłum ludzi z monopolu tytoniowego. Szli do miasta. Kilkanaście osób weszło do naszego budynku.

Telefonistka, wówczas 18-letnia, Krystyna Łuczyńska:

Centrala telefoniczna wychodziła oknami na Berwińskiego, no i tam właśnie ludzie szli. To chyba był Ceglorz. Z Ceglorza szli w fartuchach, w takich „pierunkach” z drzewa, takie chodaki ,dawniej się mówiło pieruny po poznańsku. No i mówię – wiara, ale ludzi idzie! A dyrektor Napierała na to: Zamkniesz te drzwi!

Zofia Brzeżańska, redaktor muzyczny:

Nagle wpadła cała fura mężczyzn i wyrzucali nas z radia. Na dole walczył strasznie tak zwany inżynier ruchu – Augustyniak.

Krystyna Łuczyńska:

Weszłam pod stół i zaczęłam płakać.Wszyscy wyszli, a ja tam siedziałam. Bałam się strasznie. Pierwszy raz takie coś widziałam. 
Z.B: - Wiem, że pan Strugarek wziął jakiś wóz uciekał gdzieś tam daleko na wieś, bo chciano go zaatakować. On jeździł, jak to się nazywało, na te skupy w teren i tam ludzi prosił, żeby jak najwięcej zboża, ziemniaków dawano dla państwa.

Jerzy Dudziak i Gerard Wawer pracowali tego dnia na technicznych stanowiskach nadawczych.

J.D: - Na początku wszedł mężczyzna bardzo przystojny, ale z takim metrowym kluczem do rozkręcania maszyn . Spojrzałem na tego człowieka i powiedziałem: Z tych magnetofonów, które nam służyły do pracy nic nie zostanie . I on wtedy odpowiedział: Proszę nic nie niszczyć, bo to wszystko jest nasze. Kazali nam wyłączyć aparaturę. To byli ludzie chyba z odlewni od Cegielskiego, w takich fartuchach ognioodpornych i z kopyściami do pobierania prób metalowych. Kazali wyłączyć, to myśmy wyłączyli wszystko.
15 - 20 osób przeszło przez nagrywalnię, amplifikatornię i wyszli. Ale przy okazji zabrali wszystkich pracowników: pana Gulawskiego, pana Tokłowicza i spikera. Zostałem sam, a za 20 minut miała rozpocząć się audycja w programie pierwszym. Kazali nam urządzenia naszej rozgłośni wyłączyć, żebyśmy nie nadawali programu. No więc powykręcałem neonówki na tablicy rozdzielczej co sprawiało wrazenie, że urządzenia zostały wyłączone. Po 20 minutach Warszawa oddała nam głos i ja audycję puściłem na antenę bez początkowej zapowiedzi spikera. Wrzuciłam sygnał Poznania i audycja poszła.
Po chwili odezwały się telefony: Poznaniu co wy robicie? Chodziło im konkretnie dlaczego nie było zapowiedzi tej audycji. Audycja miała 20 minut. Przybiegł spiker jak już audycja się skończyła i dał zapowiedź końcową. Warszawa pytała: Co się stało w Poznaniu? No to przekazaliśmy wiadomość, że strajk się organizuje. Zażądali od nas modulacji zwrotnej, żeby mieli kontakt, czy my pracujemy czy nie.
G.W: - Cały tłum przeszedł Berwińskiego i Głogowską w stronę Armii Czerwonej. Z ciekawości poszliśmy zobaczyć, co się dzieje na mieście. Najpierw byłem na Dąbrowskiego przy tej aparaturze zagłuszającej. Widziałem już leżącą aparaturę, zrzuconą z czwartego czy któregoś piętra. Potem poszedłem w stronę zamku.Byłem świadkiem demonstracji. Kraśko tam usiłował przemawiać z samochodu, to był chyba pierwszy sekretarz, w każdym razie jeden z wyższych przedstawicieli władzy. Chciał przemawiać z samochodu z głośnikami ale go wyciągnęli i gdzieś poprowadzili.

Rozgłośnia Poznańska przygotowywała audycje ogólnopolskie nadawane przez Warszawę. Pasm lokalnych było niewiele. Demonstrujący próbowali nadać radiowy komunikat.Wspomina Jerzy Dudziak:

- Grupa młodzieży przyszła do rozgłośni domagała się wpuszczania ich z petycją na antenę, ale nie zostali dopuszczeni do mikrofonu.Nie pamiętam, ale chyba red. Michał Nowakowski przeczytał tę petycję na antenie. I zaraz po wyjściu robotników, wiem z opowiadań kolegów, natychmiast do gmachu przy Berwińskiego przybyła milicja, przybyło wojsko, Służba Bezpieczeństwa, wszystkie władze. Po prostu budynek został zajęty i otoczony czołgami.

Sylwester Ostrowicki w tamtych latach był spikerem Rozgłośni Poznańskiej

Byłem wtedy w studiu radiowym na Międzynarodowych Targach Poznańskich. Około 10:00 myśmy już oczywiście coś wiedzieli, już słychać było odgłosy tego tłumu, który się gromadził już na placu Mickiewicza> Wkrótce demonstranci przyszli również do nas. Polecono mi wygłosić komunikat z tego studia radiowego, nawołujący do spokoju, nie przedstawiający żądań  politycznych. Zwracano się, by opuścić teren targów, bo będą zamknięte. Taki komunikat wygłosiłem. Oczywiście zamknelismy studio targowe i udałem się do Rozgłośni Poznańskiej Polskiego Radia. Przechodziłem przez kontrolę wojskową,obok czołgów. Wylegitymowałem się, mówiąc że jestem spikerem Polskiego Radia. Wpuszczono mnie, ale już mnie nie wypuszczono stamtąd i byłem w rozgłośni właściwie przez 2 dni. 
 Widziałem też, jak do rozgłośni wszedł Józef Cyrankiewicz i nagrywał odezwę z tymi dramatycznymi słowami o obcięciu ręki. Stałem po drugiej stronie szyby, kiedy padła ta wypowiedż. Potem kilkakrotnie tę odezwę nadawano. Przy nagraniu był inżynier dżwięku Zenon Andrzejewski.

Zenon Andrzejewski tak to zapamiętał. Opowiadał mi o tym w 1997 roku na miesiąc przed śmiercią:

Cyrankiewicz przyjechał do Poznania opancerzonym wozem. Do studia wszedł razem z dyrektorem rozgłośni Kubiakiem i Alfredem Sikorskim oraz z dwoma ochroniarzami. Ja stałem przy magnetofonie a za plecami miałaem owych ochroniarzy. Cyrankiewicz nagrał to słynne orędzie o odrąbaniu ręki: Obywatele, mieszkańcy Poznania, robotnicy i inteligenci, młodzieży.Mówię do was z głębokim bólem, bo to nasze piękne, znane ze swej pracowitości, z patriotyzmu, zamiłowania do porządku miasto stało się terenem zbrodniczej prowokacji i krwawych zajść, które wstrząsnęły sumieniem każdego uczciwego poznaniaka, każdego Polaka, i które społeczeństwo z całych swoich sił stanowczo potępia.”„Każdy prowokator czy szaleniec, który odważy się podnieść rękę przeciwko władzy ludowej niech będzie pewny, że mu tę rękę władza ludowa odrąbie w interesie klasy robotniczej, w interesie chłopstwa pracującego i inteligencji, w interesie walki o podwyższenie stopy życiowej ludności, w interesie dalszej demokratyzacji naszego życia, w interesie naszej ojczyzny.”
 On się wtedy dwa razy pomylił. Ja zaznaczyłem kartkami w taśmie i pytam  Panie premierze wyciąć czy nie wyciąć. A on mówi –​​​​​​​​​​​​​​ No wytnijcie. Miałem tylko 6 minut, wyciąłem te miejscea, skleiłem i potem od razu szło na antenę 
–​​​​​​​​​​​​​​ Co myślałeś wtedy? 
–​​​​​​​​​​​​​​ Myślałem tylko czy nie dostanę w głowę. Z tyłu za mną stali ci dwaj. Przecież było widać, że mieli gany w kieszeniach. Ja stałem tu w środku przy magnetofonie, a tych dwóch tuż za mną i patrzyli na ręce, na to co robię. Nic się nie myślało. Strach był ogromny wtedy.

–​​​​​​​​​​​​​​ S.O: Cyrankiewicz był zły. Wszedł, powiedział swoje, wyszedł i już go nie było. Wtedy w rozgłośni już była pełna obsada spikerów, ale jakoś tak wyszło, że to ja zapowiadałem tę wypowiedż z groźbą dotyczącą obcinania rąk. Zrobiłem to z mieszanymi uczuciami, ale obowiązki swoje musiałem wypełniać.
–​​​​​​​​​​​​​​ Obserwowałem także inne ciekawe zdarzenia,na przykład, wieczór kiedy wkraczała dywizja z Biedruska. To robiło naprawdę duże wrażenie. Ulicą Matejki przetoczyło się kilkadziesiąt czołgów oraz wozów zaopatrzenia. Ten chrzęst gąsienic robił naprawdę ogromne wrażenie. W czasie kiedy wkraczała dywizja z Biedruska, z dachów domów przy ul.Wyspiańskiego, Matejki rozlegały się strzały. Trzeba było widzieć popłoch tych wszystkich milicjantów i żołnierzy .Nie wiem czy strzały były kierowane w stronę rozgłośni, bo to był wieczór i ciemno, ale wszyscy pokotem padali na podłogi.

Wspominał Gerard Wawer technik:

Nasza koleżanka telefonistka rozmawiała właśnie z Warszawą.O coś tam ją pytali i proszę sobie wyobrazić, że w tym czasie szedł milicjant z bronią po schodach.Światło było zgaszone, a on się potknął i wtedy poleciała seria po rozgłośni. Przez tą historię w Warszawie przez długi  czas myśleli, że walki toczą się już w rozgłośni.

Trzy miesiące później rozpoczęły się tak zwane Procesy Poznańskie. Procesy nagrywał realizator dzwięku Zenon Andrzejewski :

 Najważniejszą decyzją, którą podjął dyrektor Stanisław Kubiak, było to, że bez zgody Warszawy nadawaliśmy relacje z procesów na antenę. Część szła na żywo, a część odtwarzana była z taśmy. Tak jak leciało, wszystko szło. Wiem tylko tyle, że pół Poznania tego słuchało-po trzy godziny dziennie. Nadawaliśmy całe procesy,w tym również z sali 111, z tej najważniejszej.Te wszystkie przemowy obrońców, w tym słynne przemówienia mecenasa Stanisława Hejmowskiego –​​​​​​​​​​​​​​ w pewnym sensie prorocze. Potem Hejmowski pytał mnie:
–​​​​​​​​​​​​​​ Było na antenie? 
–​​​​​​​​​​​​​​ Było.
 No to w porządku.

Sylwester Ostrowicki:

–​​​​​​​​​​​​​​ Wszystkie dni procesu były nagrywane. Nagrywał je Zenek, który z własnej inicjatywy, robił jednocześnie kopie. Taśmy, zgodnie z poleceniem władz, zostały odesłane do Warszawy i zaginęły. Natomiast kopie ukryto w radiowej taśmotece w kartonie z napisem „muzyka ludowa”.

I na tych ukrytych taśmach przetrwały relacje z tamtych wydarzeń. Dziś jest to bezcenne źródło informacji dla historyków oraz dowód bohaterskiej postawy obrońców, którym przewodził mecenas Stanisław Hejmowski:

- W sądzie obowiązuje prawda i tylko prawda i do tej prawdy musimy dążyć bez względu na to czy to się komuś podoba czy też nie.

Post scriptum.

Pierwszy raz spotkałam się z tymi taśmami w 1981 roku, kiedy przygotowywałam reportaż „Broniłem czerwca”. Zenek Anrzejewski zaglądnął wówczas do pokoju, w którym pracowałam nad relacjami mecenasa Michała Grzegorzewicza i innych świadków, by opisać tamte wydarzenia. Zenek chwilę się przysłuchiwał i w pewnym momencie powiedział: Coś ci przyniosę . Po chwili przyniósł brudne, przykurzone pudła z historycznymi nagraniami z procesów. Wiedział gdzie ich szukać, bo ukrył je przed laty. To było coś niezwykłego! Fragmenty procesów ożyły w reportażu radiowym a potem stały się , między innymi, podstawą secnariusza przedstawienia „Oskarżony: Czerwiec pięćdziesiąt sześć” w Teatrze Nowym w Poznaniu.

Barbara Miczko-Malcher